Mała mieszkaniowa rewolucja

Od tego tematu, Drodzy Państwo, w kampanii wyborczej się nie uwolnimy. Uprzedzam pytania: nie chodzi mi o kolejne tajemnicze, istniejące bądź tylko domniemane nagrania. Serial taśmowy budzi już nie tylko obrzydzenie, ale zwyczajnie nudzi. Emocje rosną wokół banków i wokół wciąż nierozwiązanej sprawy kredytów w CHF. Szkoda jednak, że politycy prześcigający się w propozycjach pomocy dla frankowiczów nie sięgną dalej i nie pochylą się z równym zapałem nad istotą problemu. Nad faktem, że dla ogromnej grupy ludzi w Polsce własne mieszkanie jest nieosiągalne bez wikłania się w kredyty. Nikt mnie nie przekona, że zwracanie uwagi na tę polską tragedię to populizm.

Polskie miasta wcale nie należą do najdroższych europejskich metropolii, jeżeli chodzi o ceny mieszkań, i to w przeliczeniu na średnią pensję obywateli. Kto zna realia skandynawskie, na przykład norweskie, wie, o czym mówię. I nikt nie spodziewa się, że przeciętny Kowalski, ciułając złotówkę do złotówki ze swojej przeciętnej pensji, kupi po kilku latach własne M. Problemem jest to, że olbrzymia większość Polaków skazana jest na wybór – albo tułanie się po kolejnych wynajmowanych mieszkaniach, albo wysoko oprocentowany kredyt na 30 czy więcej lat. Wybór między dżumą a cholerą.
Polacy po epoce realnego socjalizmu są bardzo przywiązani do własności. Zakup nieruchomości, choćby wiązał się z dokuczliwym kredytem, jest traktowany jako inwestycja. Dla rodziny, dzieci, w ostateczności jako lokatę, którą można kiedyś spieniężyć. Tymczasem w wielu krajach europejskich co najmniej połowa rodzin żyje w wynajmowanych mieszkaniach. I nie są to bynajmniej osoby o niskich zarobkach. Po prostu model wynajmu, jaki tam funkcjonuje, w Polsce praktycznie nie istnieje.
Standardowa umowa wynajmu w naszym kraju – mówimy o lokalach mieszkalnych – to rok, z opcją przedłużenia. Nie ma praktycznie w ofercie mieszkań do wynajęcia na lat kilkadziesiąt, z solidnym zabezpieczeniem dla najemcy, który w razie zerwania umowy ma zapewniony inny lokal o podobnym standardzie albo sowite odszkodowanie. Mieszkania z zasobu komunalnego, czemu trudno się dziwić, są wykorzystywane przez gminy przede wszystkim na zaspokojenie potrzeb osób niezamożnych – albo po prostu sprzedawane.
Alternatywą dla nieosiągalnych kredytów miał być program Mieszkanie dla Młodych. W ciągu 18 miesięcy funkcjonowania skorzystały z niego 23 tysiące rodzin. Mogłoby ich pewnie być więcej, lecz nawet dopłaty w ramach programu nie wystarczą w przypadku drogich lokali.
Bardzo ciekawe rozwiązanie, korzystne dla wszystkich zainteresowanych – potencjalnych właścicieli, państwa, samorządów i deweloperów – wskazał w wywiadzie dla agencji Newseria ekspert znający dobrze rynek nieruchomości mieszkaniowych, prezes Włodarzewska SA Jerzy Szymański. Otóż, w ocenie Szymańskiego, warto byłoby pochylić się nad lokalizacjami podmiejskimi, dobrze skomunikowanymi z miastami. Tam ziemia wciąż jest wyraźnie tańsza, niż w metropoliach. Co istotne, państwo poprzez swoje agendy dysponuje dużymi zasobami gruntów wokół wielkich miast – wniesienie ich aportem do takiego programu sprawiłoby, że cena lokali dla młodych byłaby naprawdę przystępna. To samo dotyczy ziemi należącej do gmin.
Politycy przestali bać się mówić o rewolucyjnych zmianach. Mówią dużo, niestety nie zawsze rozsądnie – czasem gorące serce przeważa nad chłodną głową. Ale małą, mieszkaniową rewolucję, o której wspomniał prezes Włodarzewskiej, warto uwzględnić w wyborczych programach. Może wówczas kredyty przestaną być koszmarem dla aż tak licznej grupy Polaków?
ZOBACZ TAKŻE:
Skomentuj