Musimy mądrze otworzyć się na przybyszów

Gospodarka pędzi, Polacy (jak pokazują badania) coraz bardziej zadowoleni są ze swojej sytuacji materialnej. Po raz pierwszy od lat w naszym narodzie malkontentów, odsetek osób patrzących w przyszłość z optymizmem jest większy, niż odsetek pesymistów. A w dodatku bezrobocie spadło do najniższego w dziejach wolnorynkowej Polski poziomu. No właśnie – i z tym jest problem. Niby powód do radości, a tak naprawdę zwiastun czarnych chmur, które mogą zagrozić naszej ekonomii.

Komisja Europejska i Międzynarodowy Fundusz Walutowy ogłosiły doroczny raport o stanie zatrudnienia i sytuacji społecznej w państwach Unii Europejskiej. Z dokumentu wyłania się obraz, który winien niepokoić. Europa jest na drodze do zwiększenia zatrudnienia i zwiększenia wzrostu gospodarczego, a zarazem wiele wskazuje na to, że kolejne pokolenia będą miały spory problem z utrzymaniem dobrej kondycji gospodarki. Wszystko przez demografię. Polska, niestety, została wskazana jako skrajny przykład tej sytuacji.
Bezrobocie w Polsce jest dzisiaj wyraźnie poniżej unijnej średniej (6,2% vs. 8,5%). W ciągu dekady liczba osób zagrożonych ubóstwem bądź wykluczeniem społecznym spadła z 45,3% do 23,4% - a dane te nie obejmują jeszcze skutków programu „Rodzina 500 plus”.
Tyle dobrego. A z jakich powodów powinniśmy się martwić? Nasze społeczeństwo się starzeje, a demografia dopiero niedawno i lekko drgnęła, między innymi wskutek wspomnianego programu. Niestety, mszczą się lata, kiedy to model wielodzietnej rodziny był niemodny, niepostępowy, wsteczny i ciemnogrodzki. A ci, którzy chcieli mieć więcej niż dwójkę dzieci, ze względów materialnych musieli z tego rezygnować. Żeby nadrobić stracone lata, potrzebne są całe dziesięciolecia. Do 2050 roku w naszym kraju populacja w wieku produkcyjnym zmniejszy się aż o jedną czwartą. To wręcz tragedia.
Żeby zmniejszyć możliwe skutki niżu demograficznego, potrzebne jest to, co jeszcze dwie dekady temu niektórzy politycy wzgardliwie określali jako „wspieranie rozrodczości”. Nie tylko poprzez rozmaite świadczenia pieniężne, bo o te, paradoksalnie, najłatwiej – ale także zapewniając łatwy dostęp do opieki przedszkolnej, edukacji, życiowego startu. Polacy muszą mieć świadomość, że państwu zależy na ich dzieciach, że chce w nie inwestować nasze wspólne pieniądze.
Nie obejdzie się też bez pomocy z zewnątrz, czyli tak kontrowersyjnych dzisiaj imigrantów ekonomicznych. Szczęściem w nieszczęściu w tej sytuacji jest nasze położenie geopolityczne, na które tak często (i nie bez racji) narzekamy. Możemy oferować pracę ludziom z tego samego kręgu kulturowego, ludziom, którzy bardzo łatwo i chętnie się u nas adaptują. I, co ważne, nie budzą kontrowersji u przytłaczającej większości społeczeństwa. Ważne jednak, by przybyszy z Ukrainy, Białorusi i Rosji nie traktować jako tanią siłę roboczą, którą w większości dzisiaj są. Patrzmy na doświadczenia krajów „starej Unii”, które paradoksalnie my sami boleśnie odczuliśmy. Żal serce ściska, gdy się pomyśli, ilu wysokiej klasy specjalistów wyjechało „za chlebem” na Zachód. Teraz przyszła pora, byśmy my otworzyli granice dla specjalistów zza wschodniej granicy. Bo dzisiaj potrzebni nam są głównie robotnicy i sprzedawcy, a za kilka-kilkanaście lat może brakować lekarzy, naukowców, pedagogów.
Na polskich uczelniach studiuje coraz więcej młodych ludzi ze Wschodu. Utrzymajmy tę tendencję – bo wykształceni w Polsce tutaj, w Polsce będą pracować i rozwijać swoje umiejętności. Z korzyścią dla nas. Jeśli chcemy zachować pozycję lidera gospodarczego wzrostu, musimy – mądrze, bez demagogii prawej czy lewej – otworzyć się na przybyszów. I dać im powody do jak najszybszej integracji.
Trwa ładowanie komentarzy...