O autorze
Krzysztof Przybył jest prezesem Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego, znanej od ponad dwudziestu lat jako organizator konkursu „Teraz Polska”, nad którym honorowy patronat sprawuje Prezydent RP. W ramach tej inicjatywy wyróżniono setki polskich firm, oferujących najlepsze produkty i usługi, które dzięki swoim walorom jakościowym, technologicznym i użytkowym wyróżniają się na rynku oraz mogą być wzorem dla innych. Cel Fundacji to promocja dobrych, polskich marek, a jednocześnie przyczynianie się do wzmacniania marki Polska w Europie i na świecie.

Urzędnicze eksperymenty

Wicepremier Gowin zapowiedział, że w drugiej połowie kadencji obecnego rządu priorytetem ma być gospodarka. Ktoś złośliwy mógłby zapytać, czy wobec tego do tej pory zajmowała odległe miejsce w rządowych agendach – ale złośliwości odłóżmy na bok. Gorzej, że do tych napawających optymizmem deklaracji nie przystają zupełnie inne zapowiedzi, pokazujące, że wiara w cudowną moc urzędów ma się dobrze.

System poboru opłat od pojazdów o masie powyżej 3,5 tony – viaTOLL – funkcjonuje od lipca 2011 roku. Jest to system państwowy, zarządzany przez prywatnego, wyłonionego w drodze przetargu operatora. Przynosi budżetowi państwa spore dochody, które zasilają Krajowy Fundusz Drogowy. Tak naprawdę to jedna z bardziej udanych państwowych inicjatyw w dziedzinie infrastruktury. Warto wspomnieć, że choć viaTOLL ruszył za rządów PO-PSL, to odpowiednią ustawę Sejm przyjął jeszcze za poprzednich rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Stara mądrość głosi, że nie jest ważne, by złapać króliczka, tylko żeby go gonić. A już na pewno chętnych do gonitwy nie brakuje, gdy na stole leżą wielkie pieniądze. Dlatego jeszcze przed ostatnimi wyborami pojawiły się pomysły, aby zrezygnować z obecnego systemu e-myta i zbudować nowy. Nowocześniejszy – chociaż nikt nie potrafił wyjaśnić, na czym ta nowoczesność miałaby polegać i dlaczego kolejny system byłby lepszy. Ale przecież nowy projekt to nowe fundusze, nowa okazja do wydania pieniędzy, które wszak ktoś zarobi…
Minęły dwa lata. W tym czasie Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad rozpisała przetarg (w formie dialogu konkurencyjnego) na nowego operatora e-myta. I nagle, kilka dni temu, minister infrastruktury Andrzej Adamczyk zapowiedział, że w planach resortu nie ma miejsca dla żadnego operatora. System – podkreślę raz jeszcze: państwowy – będzie zarządzany urzędowo. Przez Główny Inspektorat Transportu Drogowego.
Warto się przyjrzeć dwóm aspektom tej zdumiewającej deklaracji. Po pierwsze – słowo urzędującego ministra to nie są niezobowiązujące dywagacje. Minister złożył zatem konkretną deklarację, ale jednocześnie nie powiadomił, jak zamierza rozstrzygnąć sprawę trwającego postępowania. Czy przetarg będzie unieważniony, a jeśli tak, to na jakiej podstawie. I czy resort liczy się z tym, że uczestnicy przetargu, którzy ponieśli spore koszty, będą domagać się ich zwrotu. A jeżeli minister postępowania nie unieważni, to co zamierza uczynić? Firmy, które zainwestowały czas i pieniądze, słusznie mogą poczuć się - delikatnie rzecz ujmując - oszukane. A jako, że są to międzynarodowe konsorcja, to raczej nie poprawią obiegowych opinii o stosunku polskiego rządu do zagranicznych inwestorów.
Drugi aspekt to zdumiewająca wiara w to, że armia urzędników działać będzie sprawniej, niż rozliczany z efektów przedsiębiorca. GITD jest instytucją chronicznie niedoinwestowaną. A z tego, co wiem, w budżecie na rok 2018 nie przewidziano specjalnych środków na aktywność Inspektoratu związaną z przejęciem odpowiedzialności za e-myto. Jak więc taki projekt sfinansować? Jak zapewnić dodatkowe etaty dla specjalistów, którzy nie będą pracować za grosze? Tego nikt nie wie.
Dziś państwowym systemem poboru opłat zarządza prywatna firma. Bierze pieniądze, prawda, ale jest też drobiazgowo rozliczana z efektywności. Za uchybienia grożą surowe kary i operator własnym majątkiem odpowiada za to, by viaTOLL przynosił zaplanowane dochody. To zdrowa sytuacja. Ale na pewno skończy się ona, gdy zamiast prywatnej firmy pojawi się urząd. Jaki będzie, mówiąc kolokwialnie, „bat” na urzędników? Żaden. Bo zawsze może okazać się, że owszem, wszystko się sypie, ale to siła wyższa, dywersja, wina poprzedników i Bóg wie, co jeszcze. A osoba odpowiedzialna za taki stan rzeczy może i powinna ponieść konsekwencje za nieprawidłowo funkcjonujący system, ale chyba się Państwo domyślacie jaki będzie finał……
Koncepcja, zgodnie z którą najlepszym modelem zarządzania jest powierzenie wszystkiego urzędnikom, których rozliczają inni urzędnicy, była wdrażana przez niemal pół wieku. I zakończyła się fiaskiem. Nie widzę powodu, dla którego po trzech dekadach miano by taki eksperyment podjąć na nowo. I mam nadzieję, że jednak ten pomysł zostanie słusznie zapomniany.
Trwa ładowanie komentarzy...