Grupa naTemat

Kasa nie po drodze

Wiele się mówi o miliardach euro, zainwestowanych w ostatnich latach w polską infrastrukturę. Potwierdzając opinie o naszym narodowym charakterze, chętnie narzekamy na tempo prac, na chaos, na opóźnienia – co nie zmienia faktu, że udało się zrobić bardzo wiele, co musi przyznać każdy polski kierowca. Jest jednak druga strona medalu, bardziej wstydliwa i przemilczana, a mianowicie kwestia roszczeń z pozwów, złożonych przez wykonawców. Nie wchodząc w meritum, kto ma rację – firmy budowlane czy Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad – problem istnieje. A żółwie tempo działania naszego wymiaru sprawiedliwości jeszcze go pogłębia.

Chodzi o, bagatela, około 10 miliardów złotych – jak wylicza branża budowlana. Obecnie przed sądami toczy się ponad 60 spraw z powództwa generalnych wykonawców. Lista powodów tego stanu rzeczy jest długa. Firmy budowlane wskazują, że urzędnicy stronią od partnerskiego rozwiązywania spornych kwestii, z których znakomita większość mogłaby zostać rozstrzygnięta na płaszczyźnie pozasądowej. Z kolei Generalna Dyrekcja broni się, że przepisów prawa nie może naginać nawet z myślą o jak najszybszym ukończeniu inwestycji. Jak widać, każda ze stron ma swoje racje… Do tego dochodzi ogromny (nie tylko dla tego sektora) problem częstych nowelizacji Prawa zamówień publicznych. Nieustanne zmiany, które w zamyśle mają usprawnić postępowania przetargowe i realizację zamówień, niejednokrotnie przynoszą efekt odwrotny. Potęguje się chaos, zawikłane regulacje stają się jeszcze bardziej zawikłane, a i urzędnicy, i przedsiębiorcy zgodnie pomstują na prawniczą twórczość.
Postępowania z powództwa wykonawców obnażają jedną z największych bolączek polskiego wymiaru sprawiedliwości, czyli bardzo długi czas postępowania. Średni czas trwania postępowania to około trzech lat, a eksperci wskazują, że już niedługo, z powodu zawalenia sądów skomplikowanymi sprawami, może się on wydłużyć do lat pięciu. Dla firm oznacza to w najlepszym przypadku ogromne straty finansowe, a w najgorszym (i wcale nierzadkim) – upadłość. W sytuacji, gdy budownictwo stało się jednym z sektorów najmocniej dotkniętych przez kryzys, powolność sądów uniemożliwia wielu firmom odbicie się od dna.
To żółwie tempo rozstrzygania sporów nie wynika tylko z niedoskonałego prawa. W Polsce cały czas zbyt rzadko stosowane są pozasądowe sposoby rozwiązywania sporów – arbitraż i mediacja. Gdyby np. przedsiębiorca z Singapuru usłyszał, że ma dochodzić swoich roszczeń przed państwowym sądem, roześmiałby się w głos. Nie tylko wśród azjatyckich tygrysów, ale i w wielu państwach UE – z Wielką Brytanią na czele – stawia się na arbitraż i mediację. U nas wciąż wybiera się z reguły sądy powszechne. Sądy, które – to kolejny powód wydłużających się postępowań – są chronicznie niedoinwestowane.
Firmy budowlane szacują, że co najmniej 20% ich roszczeń zostanie na pewno uznana przez sądy – zatem za toczone spory podatnik zapłaci nie mniej, niż 2 mld zł, o ile można tym wyliczeniom ufać. Czy naprawdę budowlanych sporów nie można rozwiązywać szybciej i taniej?
ZOBACZ TAKŻE:
Skomentuj