Grupa naTemat

Zaradny biznesmen do opodatkowania

Wyborczy wyścig czas zacząć – za pistolet startowy w wyścigu do samorządów i Europarlamentu chwycili związkowcy. OPZZ ogłosiło właśnie, że nadszedł moment, aby skończyć z łagodną polityką fiskalną i dochody powyżej 360 tys. zł rocznie należy objąć 50-procentowym podatkiem. Pomysł nie jest nowy, a i jego uzasadnienie pobrzmiewa całkiem znajomo, zwłaszcza dla pasjonatów historii najnowszej i dla osób pamiętających dobrze czasy, jak się to mówi, słusznie minione. Przewodniczący OPZZ, konstatuje bowiem, że „jeśli odejmiemy dni wolne, to nawet zaradny biznesmen otrzymuje dzienne wynagrodzenie powyżej miesięcznej płacy, na którą ludzie muszą tyrać przez miesiąc”. Być biznesmenem jest źle, ale być zaradnym – to już skandal. Zastanawiam się, czy jeden pomysł lewicowych związkowców zapoczątkuje licytację na kolejne idee mające zrobić porządek z burżujami.

Tak się bowiem składa, że w wielu newralgicznych kwestiach nie mamy do czynienia z walką na osi lewica-prawica, rząd-opozycja, ale ze swoistą licytacją na radykalizm. Rząd chce przytrzeć uszu funduszom emerytalnym? Najlepiej w ogóle je rozgonić na cztery wiatry i upaństwowić. Rząd chce wprowadzić limity kosztów dla firm pożyczkowych? Zbyt zachowawcza propozycja, najlepiej zakazać działalności takim podmiotom i wysłać ludzi do lombardów. Spodziewam się zatem (obym się mylił!), że pomysł przewodniczącego OPZZ nie tylko zostanie z entuzjazmem podchwycony przez etatystyczną prawicę i populistyczną lewicę, ale twórczo rozwinięty.
OPZZ zapowiada, że pod stosownym projektem ustawy zacznie zbierać podpisy. Bardzo prawdopodobne, że zbierze nie tylko wymagane 200 tysięcy, ale i pół miliona. Któż bowiem nie ulegnie pokusie dokopania kapitalistom, których praca (a raczej „praca”) polega, jak wiadomo, na opijaniu się szampanem podczas rautów, kupowaniu sportowych aut i spędzaniu wakacji na Seszelach? „Rządzący światem samowładnie królowie kopalń, fabryk, hut, tym mocni są, że każdy kradnie bogactwa które stwarza lud” – głosi „Międzynarodówka”. Prawda to, przynajmniej dla związkowców, ponadczasowa.
Naturalnie, głównym uzasadnieniem dla koncepcji OPZZ jest trwający kryzys. Historia nie zna co prawda przypadku, żeby jakiekolwiek państwo wyszło z kryzysu dzięki osłabianiu prywatnego sektora i rozbudowywaniu polityki socjalnej, ale któż będzie rozpamiętywał przeszłość – wszak jej ślady dziś zmiata dłoń OPZZ. Skoro mamy równe żołądki i równe prawa, to powinniśmy mieć równe portfele. A jako że przy wyborczej urnie każdy ma równo po jednym głosie, więc niewielu znajdzie się polityków, gotowych wyśmiać leninowskie pomysły podatkowe. Lepiej rozmydlać sprawę, przeczekać, może inicjatorzy sami się zniechęcą…
O ile przysłowiowy Kowalski z uznaniem patrzy na drobnego rzemieślnika, obojętnie na właściciela małej firmy, to nie ma ani empatii, ani zrozumienia dla kogoś, kto prowadzi większy biznes. Nie można wszystkiego sprowadzać do haseł o zawiści i polskim piekiełku – po prostu przez lata stawiano znak równości między dużymi pieniędzmi a dużymi aferami, a oddzielenie świata przedsiębiorców i świata polityków chińskim murem uchodziło za wartość najwyższą. To nie wina związkowców, którzy walczą o wpływy, ale wina polityków, którzy nie zrobili przez ćwierć wieku nic, by zmienić wizerunek przedsiębiorcy w oczach przeciętnego Polaka. Dzisiaj doskonale widać, jakie są efekty takich politycznych gier – żyzna gleba dla niebezpiecznych pomysłów.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
PracaZwiązkowcyBiznes
Skomentuj